Strona:PL Henryk Sienkiewicz - Pan Wołodyjowski.djvu/265

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Od desperacyi wstrzymywała go tylko nadzieja, że może oddziały posłane w pościg, albo te, które zostawił po drodze, przywiodą ją napowrót. Nadziei tej uczepił się, jak tonący deski i to dodawało mu siły. Nie mógł myśleć wyłącznie o stracie jej, bo zbyt wiele myślał o chwili, w której ją odzyska i weźmie.
Stał wedle bramy, póki wyrzynane miasto nie ucichło, co wprędce się stało, bo ściahy Adurowicza i Kryczyńskiego tyle prawie liczyły głów, ile całe miasteczko — więc pożar tylko przetrwał jęki ludzkie i huczał jeszcze do wieczora. Azya zlazł z konia i poszedł wolnym krokiem do obszernej izby: tam na środku, nasłano mu skór baranich, na których zasiadł i czekał przybycia dwóch rotmistrzów.
Ci nadeszli niebawem, a z nimi setnicy. Wszystkich twarze były uradowane, bo łup przeszedł oczekiwania. Miasteczko podniosło się już wielce od czasów inkursyi chłopskiej i było zamożne. Wzięto też około stu młodych niewiast i gromadę dzieci od lat dziesięciu, które można było pomyślnie sprzedać we wschodnich bazarach. Mężczyzn, stare niewiasty i zbyt małe, niezdolne do drogi dzieci wycięto. Ręce Lipków dymiły od krwi ludzkiej, a w swych tołubach wnieśli zapach spalenizny. Wszyscy zasiedli naokół Azyi i Kryczyński przemówił
— Kupa popiołów jeno po nas zostanie… Nim komendy wrócą, moglibyśmy jeszcze na Jampol ruszyć, dobra tam wszelkiego tyle, albo więcej, niźli w Raszkowie.
— Nie! — odrzekł Tuhay-beya syn — w Jampolu są moi ludzie, którzy miasto zażgną, a nam czas w chanowe i sułtańskie ziemie.
— Jak przykażesz! Wrócimy ze sławą i łupem! — ozwali się rotmistrze i dziesiętnicy.
— Tu, w fortalicyi, są jeszcze niewiasty i ów szlachcic, który mnie hodował — rzekł Azya — słuszna należy mu się nagroda.
To rzekłszy, zaklaskał w ręce i kazał sprowadzić jeńców.
Sprowadzono ich niebawem: panią Boską, zalaną łzami, Zosię, bladą, jak chusta, Ewkę i pana Nowowiejskiego. Ten miał ręce i nogi łykami skrępowane. Wszyscy byli przerażeni, ale jeszcze więcej zdumieni tem, co się stało, a co było zupełnie dla nich niezrozumiałe. Ewka jedna, lubo gubiąc się w domysłach, co przygodziło się z panią Wołodyjowską, dlaczego Azya nie pokazywał się dotąd, dlaczego uczyniono rzeź w mieście, a ich, jako niewolników, wiązano, domyślała się jednak, że idzie o jej porwanie, że Azya wściekał się poprostu z miłości dla niej i nie chcąc w pysze swej prosić o jej rękę ojca, postanowił ją siłą porwać. Było to wszystko samo przez się straszne, ale Ewka przynajmniej nie drżała o życie własne.
Jeńcy wprowadzeni nie poznali Azyi, bo twarz jego była niemal zupełnie zawiązana. Lecz przestrach tembardziej schwytał za kolana niewiasty, w pierwszej chwili bowiem sądziły, że to dzicy Tatarzy jakimś niepojętym sposobem starli Lipków i zawładnęli