Strona:PL Henryk Sienkiewicz - Pan Wołodyjowski.djvu/241

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wówczas zaczęły się ze wszystkich stron prośby i nalegania, które wkrótce zachwiać miały jego postanowieniem.
Baśka nalegała wprawdzie mniej, niż się spodziewał, bo jej się bardzo chciało z mężem jechać, a bez niego wyprawa straciła dla niej część powabu, lecz Ewka klękała przed nim i całując go po rękach, zaklinała na jego afekt dla Basi, by pozwolił.
— Nikt inny do mego ojca nie odważy się przystąpić — mowiła mu — i takową rzecz oznajmić: ni ja, ni Azya, ni nawet mój brat, jedna pani Basia może to uczynić, bo on jej niczego nie odmówi!
Na to Wołodyjowski.
— Baśce się w swaty nie bawić! A oprócz tego, przecie wracać musicie tędy, niechże to za waszym powrotem uczyni.
Ewka odpowiedziała płaczem. Bóg wie, co się do powrotu stanie i jest nawet pewna, że zamrze ze strapienia; ale dla takiej sieroty, nad którą niema miłosierdzia, tak będzie najlepiej.
Mały rycerz miał niezmiernie czułe serce, więc poczynał wąsikami ruszać i po izbie chodzić. Żywnie nie chciało mu się ze swoją Baśką rozłączać, choćby na jeden dzień, a cóż dopiero na parę tygodni.
Jednakże widocznie bardzo go owe prośby poruszały, bo w parę dni po tych szturmach ozwał się któregoś wieczora:
— Żebym mógł razem jechać, nie mówię! Ale nie może to być, bo mnie służba trzyma!
Basia skoczyła do niego i przyłożywszy różane swe usta do jego policzka, poczęła powtarzać:
— Jedź, Michałku, jedź, jedź!
— Żadną miarą nie może być — odrzekł stanowczo Wołodyjowski.
I znów upłynęło dni parę. Przez ten czas radził się mały rycerz pana Zagłoby, co mu czynić przystoi? Lecz ów rady odmówił.
— Jeśli niema innych przeszkód, jeno twój sentyment — rzekł — to co ja mam gadać? Sam postanów. Jużci pustka tu będzie bez hajduczka. Żeby nie mój wiek i trudna droga, to i jabym pojechał, bo bez niej nijak.
— A widzisz wasze! Przeszkód istotnie niema: pora trochę mroźna, ot i wszystko; zresztą spokojnie i komendy wszędzie po drodze, tylko bez niej nijak.
— Tedy ci właśnie mówię: sam postanów!
Po tej rozmowie na nowo począł się pan Michał wahać i na dwoje rzecz rozważać.
Ewki mu było żal. Zastanawiał się także nad tem, czy wypada samą dziewcznę wysyłać z Azyą w tak długą drogę, a jeszcze więcej nad tem, czy godzi się życzliwym ludziom nie dopomódz, skoro zdarza się sposobność tak łatwa? O cóż bowiem chodziło? O wyjazd Basi na dwa lub trzy tygodnie. A choćby szło tylko o dogodzenie Basi, by mogła widzieć Mohylów, Jampol i Raszków, to i czemuby jej nie dogodzić? Azya, czy tak, czy owak, musi