Strona:PL Henryk Sienkiewicz - Pan Wołodyjowski.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Muscalskim, co potem potomność na Muszalskiego przerobiła. Poczuwając się ja tedy do krwi tak zacnej, z wielką abominacyą patrzyłem na owego Dydiuka. Bo, żeby szelma umiał ten honor, jaki go spotkał, szanować, i większą doskonałość stanu szlacheckiego nad wszelkie inne uznał, możebym nic nie mówił. Ale on ziemię, jako szlachcic, trzymając, z samej godności jeszcze się naigrawał i często to mówił: „Zali mój cień teraz większy? Kozak ja był i kozakiem ostanę, a szlachectwo i wszystkie wraże Lachy — ot mnie…“ Nie mogę waćpaństwu tego powiedzieć, jakie w tem miejscu gęsta plugawe czynił, bo obecność jejmość pani zgoła mi na to nie pozwala. Ale pasya trawiła mnie dzika i począłem go gnębić. Nie zląkł się, człek był śmiały, z nawiązką płacił. Na szable byłby wyszedł, alem ja tego niechciał, mając nikczemność krwi jego na uwadze. Znienawidziłem go, jak zarazę i on mnie nienawiścią ścigał. Raz w Taraszczy, na rynku, strzelił do mnie; o włos mnie nie zabił, ja zasie rozszczepiłem mu głowę obuszkiem. Dwakroć zajeżdżałem z dworskimi ludźmi, dwakroć on mnie z hultajstwem. Nie zmógł mnie, ale i ja przecie nie mogłem mu dać rady. Chciałem prawem przeciw niemu czynić — ba! co tam za prawa na Ukrainie, w której jeszcze gruzy z miast dymią. Kto tam hultajów skrzyknie, może o całą Rzeczpospolitą nie dbać. Tak on czynił, bluźniąc w dodatku przeciw wspólnej matce i wcale na to nie pamiętny, że ona to, do stanu szlacheckiego go podnosząc, do piersi tem samem go przycisnęła, przywileje mu dała, z mocy których dzierżył ziemię i tę wolność, aż zbytnią, którejby pod żadnem innem władaniem nie zażył. Gdybyśmy się to mogli po sąsiedzku spotykać, pewnieby mi argumentów nie zbrakło, ale my się nie widywali inaczej jeno z rusznicą w jednej, a głownią w drugiej ręce. Odium rosło we mnie z każdym dniem, ażem pożółkł. Ciągle o tem jeno myślałem, jakoby go schwytać. Czułem przecie, że nienawiść — to grzech, więc chciałem mu tylko najprzód, za to wyrzekanie się szlachectwa, batogami skórę zorać, a potem, odpuściwszy mu wszystkie grzechy, jak na prawego chrześcianina przystało, kazać go poprostu zastrzelić…
Ala Pan Bóg zrządził inaczej.
Miałem za wsią pasiekę zacną i raz poszedłem ją oglądać. Było to pod wieczór. Zabawiłem tam ledwie z dziesięć pacierzy, aż tu clamor jakowyś o moje uszy uderza. Obejrzę się: dym, jako obłok nade wsią. Po chwili lecą ludzie. Orda! orda! A tuż za ludźmi — ćma powiem asaństwu! Strzały lecą, jakoby deszcz zacinał i gdzie nie spojrzę, baranie kożuchy i dyabelskie mordy ordyńskie. Ja do konia! Nimem nogą strzemienia dotknął, już mnie z pięć, albo sześć arkanów chwyciło. Rwałem je przecie, silny byłem… Nec Hercules!… W trzy miesiące potem znalazłem się z innym jassyrem za Bachczysarajem, w wiosce tatarskiej, Suhajdzig zwanej.
Panu memu było na przezwisko Sałma bey. Bogaty był Tatarzyn, ale nieludzki i dla niewolników ciężki. Musieliśmy pod batogami studnie kopać i w polu pracować. Chciałem się wyku-