Strona:PL Henryk Sienkiewicz - Pan Wołodyjowski.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


swych mścił się na Mahometowem plemieniu. Był to łucznik niezrównany, który czaplę w wysokim locie, na żądanie, strzałą przeszywał. Przychodzili również dwaj zagończykowie, pan Wilga z panem Nienaszyńcem, żołnierze wielcy, i pan Hromyka i pan Bawdynowicz i wielu innych. Ci gdy zaczynali opowiadać, a gęsto słowami rzucać, widziało się w ich opowiadaniach cały ów świat wschodni: Bachczysaraj, i Stambuł, i minarety, i świątynie fałszywego proroka, i błękitne wody Bosforu, i fontanny, i dwór sułtański, i mrowia ludzkie w kamiennym grodzie, i wojska, i janczarów, i derwiszów, i tę całą szarańczę straszną, a jak tęcza świecącą, przed którą ruskie, a za niemi wszystkie krzyże i kościoły w całej Europie, osłaniała skrwawionemi piersiami Rzeczpospolita.
Kręgiem zasiadali w obszernej izbie starzy żołnierze, nakształt stada bocianów, które zmęczone lotem, siądą na jakiej stepowej mogile i wielkim odzywają się klekotem.
Na kominie paliły się kłody smolne, rzucając rzęsiste blaski na całą izbę. Mołdawskie wino grzało się z rozkazu Basi przy żarze, a pachołkowie czerpali je cynowemi kusztyczkami i podawali rycerzom. Zza ścian dochodziło nawoływanie straży; świerszcze, na które skarżył się pan Wołodyjowski, grały w izbie, a czasem poświstywał w szparach mchem tkanych, wiatr listopadowy, który dmuchając z północy, stawał się coraz zimniejszy. W takie to zimna najmilej było siedzieć w zacisznej a widnej izbie i słuchać przygód rycerskich.
W taki też wieczór opowiadał raz pan Muszalski, co następuje:
— Niech Najwyższy ma w opiece swojej świętej całą Rzeczpospolitą, nas wszystkich, a między nami szczególnie jejmość panią tu obecną, godną naszego komendanta małżonkę, na której splendory ślepie nasze spoglądać niemal niegodne. Nie chcę ja w paragon wchodzić z panem Zagłobą, którego przygody Dydonę samą i jej wdzięczny fraucymer w największy podziw wprawićby mogły, ale gdy sami waćpaństwo żądacie czasy cognoscere meos, nie będę się ociągał, aby zacnej kompanii nie ubliżyć.
W młodości odziedziczyłem na Ukrainie, koło Taraszczy, substancyę znaczną. Miałem i dwie wioski po matce w spokojnym kraju, wedle Jasła, alem w ojcowiźnie rezydować wolał, że to ordy bliżej i o przygodę łatwiej. Fantazya kawalerska ciągnęła mnie na Sicz, ale nic tam już było po nas; jednakże w Dzikie Pola w kompanii niespokojnych duchów chodziłem i rozkoszy zaznałem. Dobrze mi było na majętności, to tylko dolegało mi srodze, iż miałem lichego sąsiada. Był to prosty chłop, z pod Białocerkwi, któren zmłodu na Siczy był, tam się do szarży atamana kurzeniowego dosłużył i do Warszawy od kosza posłował, gdzie też i uszlachcon został. Zwał on się Dydiuk. A trzeba waćpaństwu wiedzieć, że my się od pewnego wodza Samnitów, wyprowadzamy, zwanego Musca, co po naszemu: mucha znaczy. Ów Musca, po nieszczęśliwych przeciw Rzymianom wyprawach, na dwór Ziemowita, syna Piastowego, przybył, któren przezwał go dla większej wygody,