Strona:PL Gonczarow - Obłomow T1-2.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


płomyczka bożego nie widać i roleta przytem do połowy zwieszona.
— Niechże pan pójdzie i słówko tylko piśnie Zacharowi, on zaraz panu bab do tego zaproponuje i na cały dzień z domu wypędzi!
Obłomow zamyślił się, a Aleksiejew bębnił palcami po stole, przy którym siedział i bezmyślnie wodził oczyma po ścianach i po suficie.
— Jakże będzie? Co robić? Czy ubiera się pan, czy nie? — zapytał po kilku chwilach.
— Co?
— Do Katerinenhof przecie.
— Co wam tak wpadł do głowy ten Katerinenhof — z gniewem odezwał się Obłomow. — Nie chce pan tu siedzieć? Zimno w pokoju, zapach może jaki nieprzyjemny, że się pan tak szarpie.
— Ależ nie. U pana zawsze mi bardzo przyjemnie... Zupełnie jestem zadowolony — rzekł Aleksiejew.
— A gdy tu dobrze, pocóż szukać innego miejsca? Zostań pan lepiej cały dzień u mnie, zjemy obiad, a wieczorem — z Panem Bogiem! Ale! Ja przecież nie mogę jechać! Przecież dziś sobota — Tarantjew u mnie na obiedzie.
— Jeżeli to tak... bardzo dobrze... jak wy... — odpowiedział Aleksiejew.
— A o moich kłopotach ja nic panu nie mówiłem ? — z żywością zapytał Obłomow.
— O jakich sprawach? Nic nie wiem — rzekł Aleksiejew, wpatrując się w niego.
— Dlaczego ja nie wstaję tak długo? Oto tak leżę i myślę, jak się z biedy wyplątać?
— Cóż to takiego? — spytał Aleksiejew, usiłując zrobić wystraszoną minę.