Strona:PL Gonczarow - Obłomow T1-2.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Dowidzenia zatem.
— Dowidzenia, Pienkin.
„Pisać w nocy — myślał Obłomow — a kiedyż spać? A tymczasem pewnie jakie pięć tysięcy rocznie zarabia. Ciężki chleb. Ale pisać, pisać ciągle... rozdrabiać myśl i duszę na atomy, zmieniać przekonania, handlować rozumem i wyobraźnią, gwałcić własną naturę, burzyć się, kipieć, płonąć, nie znać spokoju, zawsze do czegoś dążyć... Tylko pisać zawsze... pisać... kręcić się, jak koło, jak maszyna... Pisz dziś, jutro, pojutrze. Przyjdzie święto, lato nastanie, a ty ciągle pisz, pisz... Kiedyż ma się zatrzymać i wypocząć? Biedak...“
Zwrócił głowę do stołu — gładko wszędzie... atrament wysechł, pióra ani śladu — i cieszył się, że może spoczywać sobie bez trosk, jak nowonarodzone dziecię, że się nie rozprasza, nie sprzedaje nic...
„A list od rządcy, a mieszkanie?“ — przypomniało mu się nagle. Zamyślił się.
Znowu ktoś zadzwonił.
— Cóż to za raut u mnie dzisiaj? — rzekł Obłomow i czekał, kto wejdzie.
Wszedł ktoś nieokreślonych lat i nieokreślonego wyrazu twarzy, tak, że trudno byłoby odgadnąć, w jakim jest wieku. Nie był ani piękny, ani brzydki, ani słusznego, ani niskiego wzrostu, nie blondyn i nie brunet. Przyroda nie obdarzyła go żadnym wybitnym rysem, ani dodatnim, ani ujemnym. Jedni nazywali go Iwanem Iwanowiczem, inni Iwanem Wasylewiczem, niektórzy zaś Iwanem Michajłyczem. I nazwisko jego wymawiano rozmaicie: jedni mówili Iwanow, drudzy Wasiljewym albo Andrejewym nazywali, a niektórym zdawało się, że on Aleksiejew. Gdy ktoś obcy usłyszy po raz