Strona:PL Gonczarow - Obłomow T1-2.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


llja Iljicz zamyślony powoli przechadzał się po pokoju.
— Tak... Wiele kłopotów — mówił cicho. — Do wykończenia planu wiele jeszcze braknie! A ser przecie został jeszcze... — ciągnął w zamyśleniu... — Zjadł go z pewnością Zachar, a mówi, że nie było! Gdzież to się mogły zatartarzyć miedziaki? — mówił, szukając ich na stole.
Po kwadransie wszedł Zachar, otwierając drzwi tacą, którą w obu rękach trzymał, ale wszedłszy do pokoju, chciał drzwi przymknąć; nie trafił w nie, tylko w pustą przestrzeń. Taca pochyliła się, kieliszek spadł na podłogę, a z nim razem korek od karafki i bułka.
— Ani kroku bez tego! — rzekł llja Iljicz. — Podnieś przynajmniej to, co spadło — a on stoi i gapi się.
Zachar, trzymając tacę w ręku, schylił się, aby podnieść bułkę, ale przysiadłszy, spostrzegł, że obie ręce ma zajęte i nie ma czem podnieść.
— Ano, podnieś! — z uśmiechem rzekł llja Iljicz. — Cóż? Nie można?
— Ach, te przeklęte! — ze złością krzyknął Zachar, łając przedmioty, które spadły. — Kto to widział przed samym obiadem śniadanie spożywać!
Postawił tacę i podniósł to, co spadło. Wziął bułkę, dmuchnął na nią i położył na stole.
Ilja Iljicz począł jeść, a Zachar, stanąwszy w pewnem od niego oddaleniu, spoglądał nań bokiem, mając widocznie zamiar coś powiedzieć.
Ale Obłomow jadł, nie zwracając na niego najmniejszej uwagi.
Zachar zakaszlał parę razy.
Obłomow milczał.