Strona:PL Giovanni Boccaccio - Dekameron.djvu/633

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


lat nie potrafią trzech garści smacznych orzeszków wyłuszczyć. Cóż dopiero, gdy mnie usłyszysz grającego na cytrze! Zadziwisz się prawdziwie! Przyznaj się, że uważałeś mnie za niemrawca, ona tymczasem poznała się odrazu na mojej wartości. Gdy ją tylko raz do rąk dostanę, dam jej dowody, co potrafię. Na jądra świętych młodzianków, już ja ją tak zaczaruję, że będzie biegała za mną jak cielę za krową!
— Ach — zawołał Bruno — dopiero sobie dogodzisz! Zdaje mi się, że już cię widzę, kąsającego twemi spiczastemi zębami jej purpurowe jagody i wargi, do świeżych róż podobne, co mówię, kąsającego!… pożerającego ją całą.
Calandrino, słysząc te słowa, sądził się już być u celu i szedł, śmiejąc się i podskakując tak raźnie, jakby mu we własnej skórze za ciasno było.
Nazajutrz przyniósł z sobą cytrę i odśpiewał przy jej wtórze wiele pieśni, ku wielkiej uciesze całego towarzystwa.
Słowem, takim żarem zapłonął, mając sposobność widywania często Nicolassy, że jednej kreski już nie namalował, jeno po tysiąc razy dziennie od drzwi do okien lub na dziedziniec wychodził, aby tylko dziewczynę obaczyć, ku czemu Nicolassa, działająca wedle wskazówek Bruna, sposobności mu nie skąpiła. Bruno ze swej strony przynosił jej od Calandrina gorące wyznania miłości, a później odnosił mu ułożone przez siebie odpowiedzi, rzekomo od niej pochodzące. Gdy wyjeżdżała, co dość często się zdarzało, Bruno wręczał Calandrinowi listy, w których jaknajpiękniejsze czyniła mu nadzieje, przydając, że obecnie bawi w domu rodziców i że tam widywać się z nią nie można.
Bruno i Buffalmacco bawili się w ten sposób głupotą Calandrina i, nie poprzestając na tem, od czasu do czasu wyłudzali od niego na rzekomy podarunek dla kochanki to grzebień ze słoniowej kości, to sakiewkę, a to znów nożyk lub inne drobiazgi, przynosząc mu wzamian pierścionki bez żadnej wartości, któremi jednak Calandrino nad wyraz się cieszył. Przez wdzięczność podejmował też przyjaciół smacznemi ucztami i rozmaite niespodzianki im gotował, aby ich zachęcić tylko do tem gorętszego popierania swojej sprawy.
Przez dwa miesiące durzyli go w ten sposób, nie posuwając sprawy naprzód, aż wreszcie Calandrino, widząc, że robota się kończy i obawiając się, że jeśli celu swej miłości w czasie pobytu w tem miejscu nie osięgnie, gdzieindziej z pewnością mu się to nie uda, począł Bruna do muru przypierać.
Tymczasem Nicolassa przybyła znów niespodzianie do Cameraty. Bruno umówił się naprzód z nią i z Filippem, a potem rzekł do Calandrina: