Strona:PL George Gordon Byron - Manfred.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


MANFRED (niesłysząc strzelca).

O byłby to grobowiec cudnego uroku!
Grób to godny Manfreda!... O w nim kości moje
Spoczęłyby w pokoju!... dziś je wiatr rozwieje
Miotając po tych skałach wiry szalonemi.

Bądź zdrowe piękne słońce! tło twoje jaśnieje
Ostatni raz nademną!... promieńmi jasnemi
Ujrzysz zgon, ale przecież nie chciéj mi złorzeczyć,
Boś jaśniało nie dla mnie!... Ziemio weź te pyły!!!...

(Kiedy Manfred ma się rzucić w przepaść, porywa go strzelec w pół ciała i zatrzymuje.)
STRZELEC.

Stój szalony! ty śmiercią chcesz się zabezpieczyć
Od zgryzoty! Po co krwią twoją dzień tak miły
Chciałeś zasępić!... Pójdź, pójdź, już zejdźmy z téj skały;
Ja ciebie nie odstąpię?....

MANFRED.

Precz!... ja skończyć chciałem,
Nie wiesz jakie męczarnie serce zgruchotały.
Puść mnie, ciemno mi w oczach!... góry te nawałem
Wirują w koło,... oczy już me ociemniały.....
Kto ty jesteś?...