Strona:PL George Gordon Byron - Manfred.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


MANFRED (nieprzytomnie).

Mroźne chmur tumany,
Tam, już na gołolodach zaczepione bledną;
Podobne do wezbranéj paszcz piekielnych piany,
Wiszących nad przepaścią, której każda fala
Pędzi z szumem na brzegi gdzie czarty zebrane
Leżą jak stos kamieni!... Dreszcz mię z nóg obala!

STRZELEC.

Idźmy bliżéj — jak on drży? jakie obłąkane
Oczy?.....

MANFRED.

Środkiem obłoków dróg sobie szukały
Zerwane góry, całe lecąc na niziny;
Łańcuchem Alp zatrzęsły, rzeki zdruzgotały
W ulotne mgły — aż znowu rozbite ich płyny
Pobiegły już gdzieś w innéj stronie zgromadzone.
Tak przed laty czas zwalił potopu budowę,
Górę Rozenberg, któréj szczyty wyniesione
Runęły!... Ach! dla czegoż nie na moją głowę!?!...

STRZELEC.

Stój, stój na miłość Boga! naprzód ani kroku,
Stój, stój, albo zginąłeś!..... drżące nogi twoje!..