Strona:PL George Gordon Byron - Manfred.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


MANFRED (niepostrzegając strzelca)

Wieczność!.... idzie rok za rokiem,
Aż podobny tym sosnom zeschnę i zbieleję,
Jednéj zimy zniszczonych powiewem straszliwym,
Zwiędną zielone liście, resztę wiatr rozwieje.....

Cóż po życiu którego wyrobem prawdziwym,
Rzeczywistym, jest ciągły postęp ku grobowi!...
Dni szczęśliwych! ach! pocóż ciągłe przypomnienie!?...
Zmarszczki czoła mojego, długiemuż wiekowi
Winienem? O nie! ja sto lat w jedno cierpienie
Wylałem nieraz; w jednéj przeżyłem godzinie!...
............
Miałżebym dłużéj dźwigać to jarzmo żywota?...

Wy zasypy, wy skały co gdzieś na równinie
Runąć macie! — Zabijać tam gdzie mięszka cnota;
Niszczyć trzody, gruchotać poziome budowy.....
Zwalcie się na mą głowę, uścielcie mi grób!!!...

STRZELEC.

Już z niziny mgły lecą, wyższych gór połowy
Zasnuły, ulatują ranne dymy w słup;
Powiem mu niech wnet znijdzie — dłużéj chwilę jedną,
Straci drogę i życie!!!.....