Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Co się stało? — rzekł dr. Craven, odwracając się ku niej.
Mary spoważniała.
— Było to coś pomiędzy kichnięciem a kaszlem — odparła z obrażoną godnością — i to mi się dostało do gardła.
— Ale — mówiła później do Colina — trudno: nie mogłam się powstrzymać. Tak parsknęłam, bo sobie zupełnie nagle przypomniałam, jak zabawnie wyglądałeś z tym ogromnym kartoflem w ustach, jaką miałeś wtedy twarz wypchaną, jak gryzłeś kromkę z szynką.
— Czy jest jakakolwiek możliwość, że te dzieci potajemnie gdzieś dostają jeść? — pytał dr. Craven panią Medlock.
— Żadnej możliwości niema, chyba, żeby sobie wykopali co, lub z drzewek zerwali — odparła pani Medlock. — Cały Boży dzień siedzą na dworze, i to tylko ciągle we dwoje. Zresztą, gdyby chcieli czegoś innego, niż to, co dostają, toby im się przecież zaraz dało.
— Więc dobrze — rzekł dr. Craven. — O ile niejedzenie tak im służy, to niema się czem trapić. Przecież to inny chłopak teraz.
— I panienka to samo — odparła pani Medlock. — Wszak to zupełnie ładne dziecko, odkąd utyła i straciła ten cierpki, niemiły wyraz twarzy. Włosy jej urosły, zgrubiały, i taką ma cerę zdrową. Takie to było ponure i niepoczciwe, a teraz oboje z paniczem śmieją się, jak warjaty. Może z tego tak tyją.
— Może z tego — odparł dr. Craven. — Niech się śmieją!