Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


najlepsze lekarstwo. Matka mówi, że pół godziny śmiechu i wesołości od samego rana, to może od najgorszej choroby ustrzec.
— Jeszcze dzisiaj — zaraz teraz — przemówię do niego tak, jak ty — odparła Mary.
Ogród tymczasem rozwinął się tyle, że co dnia się zdawało, iż jakaś dobra wróżka laseczką czarodziejską wyczarowuje cuda z ziemi i gałązek. Ciężko było stąd odchodzić, tem bardziej, że Orzeszek wdrapał się Mary na sukienkę, Łupinka zaś gramoliła się na pień jabłoni, pod którą siedzieli, i patrzyła na dziewczynkę pytająco. Wróciła jednakże do domu, a gdy usiadła blisko obok łóżka, Colin począł wąchać, jak Dick, choć nie z takiem, jak on, doświadczeniem.
— Pachniesz jak kwiaty i świeżość — zawołał radośnie. — Czem tak pachniesz? To chłodne, gorące i słodkie równocześnie.
— To wiatr z wrzosowiska — odparła Mary. — A pachnę tak jeszcze od siedzenia w trawie pod drzewem z Dickiem, Kapitanem, Sadzą, Orzeszkiem i Łupinką. Wiosna tak pachnie ślicznie i ziemia, i słońce.
Mówiła to szeroko, rozwlekle, gwarą, którą trzeba słyszeć, by zrozumieć, jak zabawnie brzmi. Colin począł się śmiać.
— Co ty robisz? Nie słyszałem nigdy mowy takiej w twoich ustach. Strasznie zabawnie.
— Daję ci próbkę mowy Dicka — gwary jorkszyrskiej — odpowiedziała Mary triumfująco. — Nie umiem mówić tak ładnie, jak Dick i Marta, ale zawsze się już trochę poduczyłam. Czy ty mię rozumiesz? Właściwie to wstyd, przecieżeś tu urodzony i wychowany!
Potem zaś poczęła się śmiać, i śmiali się oboje tak serdecznie, że się opanować nie mogli — aż pokój śmiechem ich rozbrzmiewał, tak, że, gdy pani Medlock otworzyła drzwi,