Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


z pokoju wyprosił, i pomyślała, że jej widok może jeszcze pogorszyć sprawę. Choć z całej siły zaciskała uszy, nie mogła zgłuszyć okropnych krzyków. Takie jej były wstrętne i tak ją przerażały, że naraz wpadła w złość i miała uczucie, że i ona dostanie takiego napadu i nastraszy go tak samo, jak on ją nastraszył. Nie przywykła była do niczyich złych humorów, prócz do swoich. Odjęła ręce od uszu, skoczyła i zaczęła tupać nogami.
— Powinni mu zakazać tak krzyczeć! Ktoś go powinien powstrzymać! Powinien go ktoś mocno wybić! — krzyczała.
Wtem usłyszała, że ktoś biegnie korytarzem, drzwi się otworzyły, i weszła pielęgniarka. Nie śmiała się teraz wcale. Była nawet bardzo blada.
— Znów dostał napadu histerji — rzekła pośpiesznie. — Zaszkodzić sobie może bardzo. Nie można sobie z nim dać rady. Niech panienka spróbuje uspokoić go, on panienkę lubi.
— Dzisiaj mnie z pokoju wyrzucił — rzekła Mary, tupiąc nogą ze złością.
Tupnięcie to podobało się pielęgniarce. W rzeczy zaś samej lękała się, że zastanie Mary płaczącą i chowającą głowę pod poduszki.
— Oj, to, to! — mówiła. — W sam raz panienka ma humor! Proszę iść zwymyślać go. Niech mu panienka podda jakiś nowy pomysł. Moja złota! Niech się panienka śpieszy!
Później dopiero spostrzegła się Mary, że wszystko to było straszne i zabawne równocześnie — zabawne, że ludzie dorośli tacy byli przestraszeni, że wołali na pomoc małą dziewczynkę, bo odgadywali w niej naturę, podobną do Colina.
Biegła przez korytarz, a im bliżej była krzyków, w tem większą wpadała złość. Była formalnie w furji, gdy drzwi dopadła. Otworzyła je i z trzaskiem pobiegła wprost do łóżka.