Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/176

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


upadła u nóg dziewczynki, której twarz była taka, jakby chciała ugryźć.
— Dobrze, pójdę — rzekła spokojnie — i już nigdy nie wrócę!
Poszła do drzwi, poczem odwróciła się i dodała:
— Chciałam ci opowiedzieć mnóstwo ładnych rzeczy. Dick przyniósł swego liska i swoją kawkę, i chciałam ci o nich mówić. Ale teraz nic nie powiem, nic!
Wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi, a za niemi, ku swemu zdumieniu, ujrzała «wykwalifikowaną pielęgniarkę», która tam podsłuchiwała, a co gorsza, zaśmiewała się teraz. Była to silna, młoda, przystojna kobieta, która nie miała powołania do tego, czem była, nie znosiła bowiem chorych i kalek i wiecznie znajdowała wymówki, by Colina zostawić pod opieką Marty, albo kogokolwiek, ktoby ją zechciał zastąpić. Mary jej nie lubiła, teraz zaś stała i patrzała, jak tamta chichocze w chustkę do nosa.
— Z czego się śmiejesz? — spytała.
— Z was obojga — odparła pielęgniarka. — Nie możnaby wymyślić nic lepszego dla tego wychuchanego gagatka, jak przeciwstawić mu drugie dziecko, równie złe, jak on sam — i tu znów chichotać poczęła. — Żeby miał siostrę złośnicę, z którąby się mógł bić, toby zaraz był zdrów.
— Czy on umrze?
— Nie wiem, i jest mi to obojętne — rzekła pielęgniarka. — Cała jego choroba to histerja i humory.
— Co to histerja? — spytała Mary.
— Sama panienka zobaczy, jak po tem, co zaszło, wpadnie w furję. Ale w każdym razie dała mu panienka powód do napadu, i bardzom z tego rada.
Mary wróciła do swego pokoju z całkiem innemi uczuciami, niż te, z jakiemi przyszła tu z ogrodu. Była zła i rozczarowana, ale jej wcale nie było żal Colina. Zamierzała po-