Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cóż! Jeśli on nie znosi, żeby na niego obcy ludzie patrzyli, to może nie zechce zobaczyć Dicka.
— Czemu się gniewasz, gdy na ciebie patrzą? — zagadnęła go pewnego dnia.
— Niecierpiałem tego nigdy — odparł — nawet, gdy jeszcze byłem bardzo mały. Potem, jak mnie wywieźli nad morze, a ja zwykle leżałem w wózku, to na mnie wszyscy patrzyli, a panie zatrzymywały się i rozmawiały z pielęgniarką, a potem zawsze zaczynały się szepty, a ja dobrze wiedziałem, że mówią o tem, że nie będę żył. Potem czasami panie głaskały mnie po głowie i mówiły: «Biedne dziecko». Razu jednego, kiedy to jakaś pani powiedziała, wrzasnąłem z całych sił i ugryzłem ją w rękę. Wystraszyła się tak, że uciekła.
— Myślała pewnie, żeś się wściekł, jak pies — rzekła Mary zupełnie bez zapału[1]
— Wszystko mi jedno, co myślała — odparł, marszcząc czoło.
— Ciekawa jestem, dlaczegoś nie skrzeczał i nie gryzł, gdym ja weszła do twego pokoju? — rzekła Mary, poczem zaczęła się uśmiechać.
— Myślałem, żeś albo duch, albo sen — odparł. — Nie można ugryźć ani ducha, ani snu, a z krzyku nic sobie nie robią.
— Czy nie mógłbyś znieść, gdyby — gdyby chłopiec jaki na ciebie patrzał? — pytała Mary nieśmiało.
Chłopczyk leżał na swych poduszkach i milczał zamyślony.

— Jest chłopiec jeden — zaczął mówić zwolna, jakby ważąc każde słowo — jest chłopiec jeden, którego wzrok nie byłby mi przykry. To ten chłopiec, który wie, gdzie mieszkają lisy — Dick.

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.