Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zacznie mówić, to może się zdawać, że się widzi i słyszy to wszystko, jakby się tam stało wśród wrzosów i jakby słońce świeciło, i czuje się woń janowca i przytulji, co jak miód pachnie — a wszystko to pełne pszczółek i motyli.
— Jak się jest chorym, to się nic nie widzi — rzekł Colin prędko. Wyglądał, jak ktoś, kto słyszy dźwięk jakiś nieznany woddali i nie umie zdać sobie sprawy, co to jest.
— Nie możesz nic znać, jeśli wciąż jesteś w pokoju — odparła Mary.
— Nie mógłbym pojechać na step — rzekł ze smutkiem bezsilności.
Mary milczała chwilkę, potem odezwała się śmiało:
— Czasami mógłbyś, doprawdy.
Poruszył się zdumiony.
— Jechać na step! Miałbym móc jechać! Ja? Przecież niedługo umrę!
— Skąd wiesz? — rzekła Mary bez współczucia. Nie podobał jej się jego sposób mówienia o śmierci. Nie żałowała go. Zdawało jej się, jakby się pysznił i przechwalał.
— Toż ciągle to słyszę, jak daleko pamięcią sięgnę wstecz — odparł zjadliwie. — Szepcą ciągle o tem, i zdaje im się, że to uchodzi mojej uwagi. Przytem chcieliby wszyscy, żebym umarł.
Panna Mary poczuła się przekornicą. Zacięła mocno usta.
— Gdyby oni chcieli, żebym umarła — rzekła — to jabym nie chciała. Zresztą, kto chce?
— Służba cała, a także i doktór Craven, boby dostał Misselthwaite i byłby bogaty, a nie biedny, jak teraz. Nie mówi on tego, ale zawsze jest weselszy i w lepszym humorze, gdy mnie jest gorzej. Jak miałem tyfus, to strasznie utył. Ale myślę, że ojciec teżby chciał, bym umarł.