Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


błyszczeć jak dwie gwiazdy, a wyglądały jeszcze większe, niż zawsze.
— Muszą przecież mnie się przypodobać — powiedział. — Każę się tam zanieść i tobie pozwolę iść z sobą także.
Mary konwulsyjnie zacisnęła rączki. Wszystko przepadnie — wszystko! Dick nigdy już nie wróci. Ona zaś nigdy już nie będzie jak mysikrólik ukryty w swem gniazdku.
— Och! nie rób tego — nie rób tego — nie rób — nie rób! — wołała rozpaczliwie.
Spoglądał na nią, jak na obłąkaną.
— Dlaczego? — wykrzyknął. — Wszak sama powiedziałaś, żebyś go chciała zobaczyć.
— I chcę — odparła, połykając łzy — tylko jeśli im tak każesz poprostu otworzyć drzwi i zanieść się, to już przestanie być tajemnicą.
Colin pochylał się ku niej coraz więcej.
— Tajemnicą? — spytał. — Co masz na myśli? Powiedz!
Słowa Mary poczęły padać bezładnie.
— No, widzisz... widzisz — mówiła dysząc — gdyby nikt nie wiedział prócz nas — gdyby tam były drzwi ukryte gdzieś pod bluszczem — gdyby były — a mybyśmy je znaleźli; i gdybyśmy się wśliznąć mogli przez nie i zamknąć je za sobą, i gdyby nikt nie wiedział, że tam ktoś jest, i gdybyśmy ten ogród nazywali naszym, i na niby, że to jest — że my jesteśmy mysikrólikami, a to jest nasze gniazdko, i gdybyśmy tam mogli codzień się bawić i kopać, i siać, i ożywić go...
— Więc tam wszystko zmarniało? — przerwał jej.
— Zmarnieje niedługo, jeśli nikt dbać o niego nie będzie — ciągnęła dalej. — Cebulki będą żyły, ale róże...
Znów jej przerwał, również podniecony, jak ona.
— Co to cebulki? — spytał śpiesznie.