Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


go lubiła. Może on panience gdzie naboku jaki kącik ogrodu wynajdzie.
— Gdyby to było gdzie naboku, i gdyby nikt tego kawałka ziemi nie chciał, to wszakżeby to nikomu nie powinno szkodzić, prawda? — wyrzekła Mary lękliwie.
— Naturalnie, że nie powinno — odparła Marta. — Przecieżby panienka nikomu krzywdy nie zrobiła.
Mary zjadła obiad z najwyższym pośpiechem, a wstawszy od stołu, zamierzała pobiec do swego pokoju po kapelusz, lecz ją Marta wstrzymała.
— Mam panience coś do powiedzenia — rzekła — tylkom myślała sobie, że lepiej dać panience wpierw zjeść spokojnie obiad. Pan Craven wrócił dziś rano, i zdaje mi się, że chce panienkę zobaczyć.
Mary zbladła, jak opłatek.
— O, mój Boże! — zawołała. — Czemu! Czemu! Wszak nie chciał mnie widzieć, gdym przyjechała. Słyszałam ja, Pitcher mówił, że nie chce!
— Ano tak — tłumaczyła Marta — pani Medlock mówi, że to przez matkę. Szła sobie do Thwaite i spotkała pana. Dawniej, to nie byłaby z nim mówiła, ale pan Craven był kilka razy u nas. On to zapomniał, ale matka nie zapomniała, i to ją ośmieliło, że go zaczepiła. Nie wiem, co tam mu o panience mówiła, ale coś takiego powiedziała, że pan chce panienkę zobaczyć, zanim znów jutro wyjedzie.
— Ach! więc pojedzie sobie jutro? — wołała Mary. — Co za szczęście!
— Tak! jedzie i na bardzo długo. Nie wróci teraz aż jesienią, albo zimą. Będzie podróżował po obcych krajach. Zawsze tak robi.
— Takam szczęśliwa, takam szczęśliwa! — wołała Mary.
Jeżeli do zimy nie wróci, to będzie czas doglądać tajemniczego ogrodu i do życia go doprowadzić. Gdyby nawet