Strona:PL Faleński - Meandry (1904).djvu/095

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


213.

W rozruchu, jeśliś dobiegł mety,
To wierz — gdy nie chcesz znów pójść na dno —
W broń ostrą. Choć, koleją zdradną,
Mają do siebie to bagnety:
Że na nich staniesz — lecz, niestety!
Siąść na ich ostrzu nie jest snadno.


214.

Próżną troska jest matczyna:
By jej córkę Stróż Obrończy
Tulił w jasnej z gwiazd opończy,
Gdy raz dowie się dziewczyna:
Gdzie się ziemia w niej zaczyna,
A gdzie niebo kończy.


215.

Płynę w senny świat ku Zachodowi...
Ludzkie twarze, barwy i postacie,
Mierzchną zwolna w zmroku Majestacie.
Ach! mej duszy radość któż wysłowi!
Zostającym, rzekłem: — Bądźcie zdrowi!
A tym drugim, powiem: — Jak się macie? —

Ląd przeciwny pewnie nie daleko.
Lecz — co widzę! — tu i tam, wybrzeże.