Strona:PL Faleński - Meandry (1904).djvu/057

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Do ślubu na rowerach jadą,
Wracając gwarno z tej podróży.

Lecz zimą wiatr im piosnkę utnie,
Od której mrozem drży okienko.
Więc, by go również zbyć piosenką,
Kiedy się oni, już mniej butnie
Wpisali w „sympatyczną” Lutnię,
Poczęli śpiewać... ale — cienko.


116.

Ta mała, którą na rękach noszą,
I cukierkami ją raczą —
Z tą swoją grzywką junaczą,
Z tą niesfornością kokoszą,
Stanie się kiedyś czyjąś rozkoszą —
Albo też może rozpaczą.


117.

Nieraz, w kolejach doli człeczej,
Myśl cudzą wziąwszy, niezwłocznie
Ktoś w głośną urósł wyrocznię.
Lecz nikt tej prawdzie nie zaprzeczy:
Że, nawet w dokończeniu rzeczy,
Górę ma ten, kto ją pocznie.