Strona:PL Faleński-Meandry.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Bo winien będziesz, jeśli ich zaskoczy
Wiatr, dąć mający w prost w oczy,
W odejścia chwili.


186.

Kiedy, dumając, słyszysz jedynie,
Że coś, jak szata
Tchnieniem skrzydlata
W powietrzu nad tobą płynie —
To wiedz: że w onej godzinie
Anioł przelata.

On dąży pod krzyż pochyły,
Gdzie rosą łzawa
Porasta trawa
W miejscach, co niegdyś grobami były —
Tam zapomniane licząc mogiły,
W milczeniu z niemi zostawa.


187.

Nieoględności dola jest taka:
Że kiedy ona, w sposobnej porze,
Sprowadzi kogo w bezdroże,
To w tedy, lada komar pokraka,
Zje najtęższego nawet rumaka —
Bo mu w tem wilk dopomoże.


188.

Na biesiady pańskiej zapowiednię
Szedł król możny. Lecz, gdy mu przeklęta
Cześć pozorów, mądry zmysł opęta —
To, choć Władcą był, wyglądał biednie,
Szaty mając świetne, lecz mniej przednie,
Niźli mają lilie łąk panięta.