Strona:PL Faleński-Meandry.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gdyż się ich cierni strzeż, panienko.
Raczej się z dala, z ranną rosą
Ciesz, gdy ci one woń swą niosą
W twój cichy pokój, wprost w okienko.

Są rękawiczki, co dłoń chronią
Od nazbyt czułych serc przyjaźni.
Są pantofelki, najwyraźniej
Na to, by mąż je miał nad skronią.
Różna ma woń — lecz niech cię po nią
Bez broni sięgać chęć nie draźni.


19.

Drzemię ja w nocnej i w dziennej dobie,
I, marznąc w lubym obłędzie,
Że Bóg nademną zawsze i wszędzie.
Co dziś mam zrobić, to jutro zrobię —
Bo mówię sobie:
— Jakoś to będzie.

A będzie tylko żal, wstyd i trwoga,
Gdy z tego spokoju ducha,
Ani tak ślepa jak ja, ni głucha,
Jawa mię znagła zbudzi złowroga.
Bo kto się drzemiąc, modli do Boga,
Tego Bóg śpiąc wysłucha.


20.

Ten tylko winien być w cenie
W rzeczach społecznej naprawy,
Kto osobiste swe sprawy
Wprzód już załatwił. Gdyż to szalenie
Rzecz dziwna, jeśli publiczne mienie
Łata czyj but dziurawy.