Strona:PL Eurypidesa Tragedye Tom III.djvu/491

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nie wychylałem! Owszem, śród mroźnych obszarów
Pajonii, śród nawałnic na trackiej głębinie
Bezsenne pędząc noce, przybywam tu ninie,
W żelazne te obręcze zakuty... W tej drodze
Spóźniłem się, to prawda, lecz jeszcze przychodzę
Snać w porę. Ty, co prawda, roczek już dziesiąty
Wywijasz swoją dzidą, ciągłe sprawiasz mąty,
Tej gry z Argejczykami nie mogąc do końca
Sprowadzić tak ni owak!... Mnie zaś jeden słońca
Wystarczy chyba obrót, by przełamać szańce
Achajów, wziąć ich statki, ich samych za krańce
Przepędzić lub też ubić, by potem do swojej
Roboty wrócić rankiem, do domu, z pod Troi.
Z was przeto niech nikt tarczy nie kładzie na ramię,
Ja sam moc butnych Greków, choć późno, przełamię,

CHÓR.

O haj! O haj!
Miłe są twoje słowa
I ty nam miły,
Albowiem Zeus cię w swojej łasce chowa!
Niechże on jako to ziści,
Ten najmocniejszy bóg.
By nie zrodziły
Zawiści!
Mężniejszej nad ciebie siły
Ni dawniej, ani też ninie
Po mórz głębinie
Argiwskie nie niosły okręty!
Zali Achilles czy też Ajas, wódz,
Mógłby twój oręż zmódz?!
Obym ja dożył tej godziny świętej,