Strona:PL Eurypidesa Tragedye Tom III.djvu/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Eurysthejowym ongiś, i z hydrą zarazem,
Jeślibym dla swych dzieci nie oddał z kretesem
Wszystkiego! Jużbym słynnym nie był Heraklesem!

PRZODOWNIK CHÓRU.

Tak, ojciec winien stawać w swych dzieci obronie,
Syn ojcu dopomagać staremu, mąż żonie.

AMFITRYON.

Wypada ci być druhem dla druhów, mój synu,
I wroga nienawidzieć! Lecz masz czas do czynu.

HERAKLES.

Gdzież więcej bywa czasu, niźli go potrzeba?

AMFITRYON.

Jest w mieście dużo takich, którzy łakną chleba,
A których lud uważa jeszcze za bogaczy —
To poplecznicy króla, co rozruchy, znaczy,
Wszczynają, iżby mogli łupić swe sąsiady,
Albowiem ich majątek rozlazł się bez rady —
Lenistwo go pojadło lub pochłonął zbytek.
Widziano cię już w grodzie, więc bacz na pożytek,
Byś wrogów nie pobudził i nie padł wbrew woli.

HERAKLES.

Że w grodzie mnie widzieli, mało mnie to boli.
Lecz w miejscu niewłaściwem zobaczywszy ptaka,
Odrazu-m pytał siebie, czy na dom mój jaka
Nie spadła znowu klęska, przeto w nasze włości
Wkraczałem potajemnie, pełen przezorności.

AMFITRYON.

Więc dobrze. Teraz w domu powitaj ognisko,
Rzuć okiem na twe progi ojcowskie. Boć blisko