Strona:PL Eurypidesa Tragedye Tom II.djvu/91

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zgotować... I patrz! teraz żadnej się ohydy
Nie bojąc, przyszli po mnie przed ołtarz Tetydy,
Co syna wspaniałego dała ci, a którą
Tak wielbisz, i podstępem ten ze swoją córą
Wywlekli mnie z kościoła! W jakiejż u uich cenie
Wszelaka sprawiedliwość? Znając opuszczenie
I me i mego dziecka, nie czekając pana,
Aż wróci, chce mnie zabić ta spółka dobrana,
Uśmiercić chce me dziecko, choć ono bez winy.
Więc błagam ciebie, starcze, tej strasznej godziny
Upadłszy ci do kolan — bo mi dotknąć ręką
Nie wolno twojej brody —: Ratuj! skończ z tą męką!
Bo jeśli nie, umrzemy wam na wstyd, o panie!

PELEUS.

Zdjąć pęta, nim wam wszystkim coś złego się stanie!
To rozkaz mój! Uwolnić jej te ręce obie!

MENELAOS.

Ja czynić to zabraniam, niepodległy tobie,
Nie lichszy i od tego[1], co ma większe prawa.

PELEUS.

A cóż to za gospodarz w mym domu nastawa
Tu na mnie?! Czy ci nie dość w Sparcie gospodarzyć?

MENELAOS.

To branka moja z Troi, raczże to rozważyć!

PELEUS.

To syna mego syna łup, gdy zburzył Troję.

MENELAOS.

Co moje to i jego, co jego to moje!

  1. Od Neoptolemosa.