Strona:PL Eurypidesa Tragedye Tom II.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Na scenę wchodzi

HERMIONE.

Dyadem ten kosztowny, co mi tak wspaniale
Na głowie mojej błyszczy, i wzorzyste fale
Tych sukien, co tak bujnie członki mego ciała,
Jak widzisz, owiewają, jam ich nie zabrała
W postaci ślubnych darów z Peleja komory
Lub komnat Achillowych, nie! ten skarb, tak spory,
Mam jeszcze z mej lakeńskiej Spartjatów ziemi,
A wraz z kosztownościami dał mi go innemi
W posagu Menelaos, mój ojciec, że mogę
Swobodnie tu przemawiać, wszelką rzucić trwogę.
(Zwrócona do Chóru)
To dla was w odpowiedzi.
(Zwrócona do Andromachy)
A ty, wojny dłonią
Zdobyta niewolnico, chcąc mnie swą pogonią
Wypędzić z tego domu, by w nim rządzić sama,
Obmierzasz mnie mężowi: Bezpłodności plama
Na żywot ten mój padła przez twe tajne czary,
Że marnie więdnąć musi. Albowiem obszary
Waszego lądu[1] znane są z kobiet, co wraże
W tych sprawach mają siły. Lecz ja ci zakażę,
Bo nic ci nie pomoże na twoje ohydy
Ten ołtarz, ten przybytek świętej Nereidy.
A gdyby jakie bóstwo, albo który z ludzi
Ocalić cię zechcieli, jakżeż się potrudzi
Twa pycha, tak do szczęścia przywykła! Kolana
Zginając w proch przedemną, będziesz mi co rana
Zamiatać me komnaty, do złocistej kruży

  1. Azyi.