Strona:PL Eurypidesa Tragedye Tom II.djvu/327

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Na dolę
Tę naszą patrzała
Tak przespokojnie!
Że twój skrzydlaty blask
Oświecał ten huk i trzask
W tej grozie,
W tej niweczącej wojnie!
A przecie wzięłaś młodzieńca[1]
Ku swej miłości
Z tych naszych włości!
Na pozłocistym wozie
Uszedłszy w niebieskie progi,
Był śród gwiezdnego wieńca
Nadzieją Troi!...
Dziś już nie lubią nas bogi!

Na scenę wchodzi

MENELAOS.

O cudny blasku słońca, który w chwale swojej
Przyświecasz mi w dzisiejszym dniu, kiedy w me ręce
Ma dostać się ma żona [Helena po męce
Tak długiej! Wiele bowiem zniósł ten lud Achajów
I ja, król Menelaos.] Do trojańskich krajów
Przybyłem z swą wyprawą nie dla białogłowy,
Jak lubią mówić o mnie, jenom był gotowy
Ukarać tego łotra, co mi porwał żonę,
Gościnę znieważywszy. Lecz już zapłacone
Ma wszystko z woli bogów. Potędze Hellady
Wraz z krajem swoim uległ za ten wykwit zdrady...
Przybywam po nieszczęsną — wykrztusić nie mogę:

  1. Tytonos, drugi syn Laomedonta.