Strona:PL Eurypidesa Tragedye Tom II.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nawiedzonego przez nieba,
W progi wkroczyła twoje!

TEZEUSZ.

Już wówczas chciałem pytać, kiedyś swoje skargi
Przed wojskiem wylewała, lecz zmilkły me wargi.
Więc teraz do Adrasta zwracam to pytanie:
Co zacz są ci mężowie, odpowiedz mi, panie,
Co męztwem tak wyrośli ponad innych ludzi?
Masz rozum przecież większy, więc niech się potrudzi
I obraz da młodzieży tych obywateli,
Czem byli ci wodzowie, co tę żywić śmieli
Nadzieję, iż zdobędą mury tego grodu?
Na własne-m widział oczy, jakiego zawodu
W tej mierze doznać można. O jedną się sprawę
Nie pytam, bo wywołać łatwo śmiechu wrzawę,
Z kim każdy z wojujących pasował się w bitwie
I gdzie od mojej włóczni poległ w tej gonitwie?
Bo juści na wierutne wygląda to baśnie
Zarówno dla słuchaczy, jak i dla tych właśnie,
Co niby o tych rzeczach mówią zbyt dokładnie.
Bo jakżeż w takiej walce, gdzie patrzeć wypadnie,
Jak gęstwia dzid się sypie, można na pewnika
Powiedzieć, kto pokazał tęgość wojownika
Dzielnego? Ani mnie się pytać o te rzeczy
Ni wierzyć, kiedy śmiał mi jaki język człeczy
W ten sposób o tem mówić. Gdy się walka toczy,
Jedynie, co niezbędne, widzą nasze oczy.

ADRASTOS.

Posłuchaj. Nie wbrew woli mej twa rada płynie,
Bym głosił chwałę zmarłych. Opowiem jedynie
O moich przyjaciołach to, co słusznie trzeba.