Strona:PL Eurypidesa Tragedye Tom I.djvu/502

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Odkażania tak niezbędne, ten pochodni jasny blask —
I com w sprawie tych przybyszów przykazała, aby łask
Znów dostąpić utraconych, wszystko jest już... Więc do rzesz
Tego miasta ja się zwracam: Strzeż się, wszelki człeku, strzeż,
Byś zakały nie zachwycił! Przed zakałą ty się trwóż.
Ty, coś bóstwu dłoń poświęcił jako cny świątynny stróż,
I ty, mówię, co małżeński chcesz zawierać święty ślub,
I ty, która chodzisz w ciąży, zgub-że mi się z drogi, zgub!
Córko Zeusa i Latony, jeśli ja ten zmyję mord,
Jeśli złożę, jak potrzeba, cną ofiarę, juścić port
W oczyszczonej tej świątyni znajdziesz, Pani, a zaś nam
Szczęście błyśnie. Cóż ja więcej, kromie tego, mówić mam?
Wszystko inne bogom zwierzam, co na wszystko mają wzrok,
A i tobie, Pani święta: Prowadź-że mój każdy krok!

Oddala się w stronę morza.
CHÓR.

O synu Latony wdały,
Złocistowłosy
Mistrzu na lutni!
Z delijskiej niwy,
Gdzie taka żyzność jest wielka,
W owocne spowita rosy,
Uniosła cię rodzicielka —
Ciebie i tę, co z cięciwy
Jaknajrozrzutniej
Rada niechybne puszcza strzały:
Poprzez rozlewne to morze,
Położne, święte porzuciwszy łoże,
Z morskiej cię skały
Uniosła onego czasu
Na szczyt Parnasu,
Gdzie huczny rozbrzmiewa śpiew,