Strona:PL Eurypidesa Tragedye Tom I.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pragnąłem godnie synów wychować i bratem
Obdarzyć ich niejednym, zespolić dla sławy
I szczęścia mego rodu... To powód jest prawy!
Ty dzieci masz już dosyć, a ja chciałbym dzięki
Tym, które się narodzą, żywot stworzyć miękki
Dla tych, co już spłodzone. Złe-li to zamiary?
I ty byś też mówiła inaczej, lecz jary
Zazdrości żre cię ogień. Ot, jakie jesteście
Na świecie wy kobiety! Jeżeli niewieście
Nie skłóci nic spokoju w sypialni, szczęśliwe
Czujecie się nad wyraz, lecz jeśli na niwę
Małżeńską spadnie burza, wrogiem wam tej chwili
To wszystko, co nam życie upiększa i mili.
Przecz dzieci mieć nie można bez kobiet?! O wtedy
Nie byłoby śród ludzi tyle klęsk i biedy.

CHÓR.

Kwieciścieś wypowiedział swe słowa, Jazonie!
Lecz mnie się dziś wydaje, że — wbrew twej obronie —
Nie słusznie na małżonce popełniłeś zdradę,

MEDEA.

W niejednem ja się różnię z niejednym! Więc kładę
I dzisiaj na to wagę, że najsroższej plagi
Wart zbrodniarz, umiejący swój postępek nagi
Owijać w kwiecistości. Bo jeśli ktoś umie
Grzech stroić w piękne słówka, to w podłym rozumie
Rzecz spełni najpodlejszą. Więc i ty się ze mną
Pustemi nie baw słowy — twa troska daremną:
Pobiję cię odrazu. Działając, jak każe
Szlachetność, przecz o swoimś nie doniósł zamiarze
Mnie, żonie, tylko ślub ten swój zawierasz skrycie?