Strona:PL Eliza Orzeszkowa - Przędze.djvu/201

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się i znów spokojnie płynąć zaczęły, Galatea pod cienką warstwą wody, jak pod szklaną szybą, spostrzegać mogła dokoła niej tu i owdzie krążące i błyskające jego białe ramiona, różane lica i złote rożki.
Tymczasem Etna uciszała się powoli; słupy ognia, które wytrysnęły z niej, zgasły i żarem już tylko jaskrawym szczyt jej okryły, a nad tym żarem, w podartej smudze dymu, ukazał się ciemny, potężny w zadumanej postawie na szczycie góry siedzący tytan. Dymem owiany, wyglądał jak cień, posępny, głową niebios prawie dotykający; rysy oblicza jego znikały także śród dymu; o podnóżek z żaru stopy swe opierając, z głową na dłoń opuszczoną, na światło poranku wychylił tylko czoło, przez błyskawicę pomsty Zeusowej opalone, przez dziwne jakieś myśli i męki, dziwnemi, strasznemi dziejami zapisane — i po trzykroć zawołał:
— Galateo! Galateo! Galateo!
Potem głos jego długo rozbrzmiewał w przestworzu, gdy tak do Galatei przemawiał:
— Od dawna widuję cię z daleka i oczy moje, znużone zmrokiem mogiły, z piękności twojej piją nadzieję i orzeźwienie. Lecz nie dlatego tylko ukochałem cię, żeś piękna. Zagadką jesteś, którą mój umysł rozwiązać pragnie i obietnicą wzniosłych marzeń pełną. Z sercem nieruchomo spoczywającem w łonie stworzyli cię bogowie; żadna iskra