Strona:PL Eliza Orzeszkowa - Melancholicy 02.djvu/314

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


sem chciałbym wskróś ziemi przewalić się ze wstydu i z żalu!
Łzy nabiegły do jego ciemnych, bystrych oczu i zarazem odmalował się w nich gniew prawie wściekły.
— Gdybym mógł, proszę pana, tobym samego siebie bił, tłukł, kąsał, do turmy zapakował...
— Ależ na miłość Boską, czegóż ty się tak dręczysz! — zawołał Zenon z uśmiechem, niepodobnym do powstrzymania, bo rozpaczliwe gesty chłopca, pokazującego, jakby to on siebie bił, tłukł, kąsał, miały w sobie żywość naiwną i komiczną. Ale Pawełek, nagle zdobywając się na spokój, rzekł głosem stanowczym:
— Bo ja, proszę pana, z panem Górkiewiczem nie pojadę!
— Nie pojedziesz! Dlaczego? Przecież nie namawiałem cię, abyś został.
Pawełek wahał się, czy namyślał przez chwilę, potem odpowiedział z powagą, u niego niezwykłą:
— Pan mię nie namawiał, ale dobroć pana mię namówiła.
— Jak to? wytłómacz mi to, co mówisz!
— Co tu tłómaczyć? Postąpiłem, proszę pana, jak ostatni nikczemnik. Pan mię z nędzy wydobył, hodował, lubił, uczył, człowie-