Strona:PL Eliza Orzeszkowa - Melancholicy 02.djvu/257

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


bie, że ten twój ideał monachijski, za którym tak szalałeś i który cię tak haniebnie wystrychnął na dudka, był brunetką ognistą. Prawda? co?
— Już nie pamiętam — odrzekł Zenon zcicha, bo z przykrością, coraz dolegliwszą myślał: »O czem-że to rozmawiamy!« Stanął i szerokim gestem ukazując bratu przestrzeń otaczającą, rzekł:
— Spójrz, Wiktorze. Popatrz trochę na dzieło rąk moich!
Stare alee i klomby z krzewów ozdobne, malownicze, trawnikimi i ścieżkami otoczone przeszli już i minęli. Na Wiktorze nie sprawiły one wrażenia żadnego. Możeby sprawiły, gdyby na nie patrzał, ale rozmawiając, żartując, zaglądając wesoło w twarz brata, nie patrzał. Teraz, znajdowali się w środku ogrodu owocowego, zajmującego spory kawał gruntu. Mnóstwo tam było drzew, z których nie zdjęto jeszcze owoców zimowych, których gałęzie gięły się pod ciężarem jabłek czerwonych jak rubiny, grusz złotawych, śliw fioletowych. Zenon rozpromieniony od uciechy serdecznej mówił:
— Od otrzymania twego listu marzyłem o chwili, w której ci to pokażę. Drobna rzecz, ale taka moja! Pamiętasz, jakie tu było zestarzenie i zdziczenie przed ośmnastu laty.