Strona:PL Eliza Orzeszkowa - Melancholicy 02.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wypatrywał na twarzy brata objawu pierwszych wzruszeń i zadziwień. O kilkadziesiąt kroków od ganku Wiktor zwrócił się ku niemu i rzekł półgłosem:
— Ta twoja szwagierka, choć nie pierwszej młodości, jest jeszcze bardzo interesującą. Musiała być kapitalnie piękną, a i teraz jeszcze, oho! dyabełki w oczach siedzą! Przytem jest bardzo przyjemna w rozmowie.., Cóż ty na to?
Uśmiechnął się filuternie, patrząc bratu w oczy. Dla Zenona takie rozpoczęcie rozmowy było niespodziewanem: więc bąknął tylko:
— Tak, to prawda, Rozalia była bardzo piękną i w rozmowie jest dość przyjemną.
— Cóż tak obojętnie o tem mówisz? No, przyznaj się, że żyjąc z taką kobietą pod jednym dachem, od rana do wieczora, na wsi... niepodobna, aby tam czegoś... tak niby... nie było pomiędzy wami!
Zenon stanął jak wryty, z oczyma szeroko otwartemi. Po chwili osłupienia przemówił:
— Co? pomiędzy mną a Rozalią? Ależ to siostra mojej żony!..
— No tak, tak, zapewne — uśmiechał się wciąż Wiktor — ale na świecie bywają różne rzeczy. Zdarzają się i takie... czy tylko