Strona:PL Eliza Orzeszkowa - Melancholicy 02.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


na czole Hornicza. Z powodu tego dziecka doświadczał troski dość ciężkiej. Za to w twarzy Rozalii to wspomnienie odbiło się jak malutki promyczek słońca w gęstej chmurze. Zwolna i na nikogo nie patrząc, przemówiła:
— Pisałam dziś do Wincusia, bo zdaje się, że nikt jeszcze dotąd nie pisał do niego.
— Jeszcze niema dwóch tygodni, jak wyjechał — tłómaczyła się Sabina.
Rozalia, jakby nie słyszała wcale głosu siostry, rzekła jeszcze:
— Pisałam, aby wziął od Rogowskiego część mego procentu i sprawił sobie nowy mundurek.
Hornicz po raz pierwszy z niejaką żywością przemówił:
— Niepotrzebnie to zrobiłaś. Ten, który ma, wystarczyłby mu jeszcze na rok cały. Wincuś okazuje zanadto skłonności do elegancyi i popisywania się wszelkiego rodzaju...
Rozalia, podnosząc głowę, odpowiedziała sucho:
— Trudno, ażeby wszyscy mieli skłonność do safandulstwa i siedzenia za piecem.
Sabina siedziała, jak na węglach rozżarzonych.
— Rózieczko — przerwała głosem bardzo łagodnym — przecież sama nieraz mó-