Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Pompalińscy.djvu/345

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


kiem za odchodzącymi, to patrzył znowu na piękne swoje vis-à-vis zajęte w tej chwili właśnie przyglądaniem się rzeźbionemu z bronzu postumentowi lampy. Ciężko mu było odejść — pozostać — niepodobna — czuł to sam dobrze. Gdyby tak pójść z nią razem, pomyślał. Ale jak? ona ani myśli wstawać z krzesła! Przypomniał sobie jak to na wielkich obiadach, w których brał udział, mężczyźni podają ramię damom aby je do stołu prowadzić. Podać więc jej ramię i poprowadzić? Łatwo to pomyśleć, ale niełatwo wykonać. Nie śmiał. Po chwilowem wahaniu się powstał jednak. Powstała także i Delicya. Jakie to piękne rzeźby, rzekła wskazując postument lampy.
— A prawda bardzo piękne! odpowiedział hrabia i stali tak znowu chwilę naprzeciw siebie, nieruchomi jak posągi: ona wpatrzona w postument, on w nią. Tymczasem ostatnia już z towarzystwa osoba zniknęła w drzwiach jadalni. Delicya oderwała wzrok od postumentu i ze zwieszonemi na suknią rączkami oddaliła się od stołu. Oddalała się tak powoli, że hr. Cezary miał czas do namysłu, jakoż namyślił się i z nagłą determinacyą wsuwając szapoklak swój pod