Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Pamiętnik Wacławy vol I.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


babka Hortensya wyrabiała frywolitki, słońcem — fajerwerk palący się obok mnie w oczach i w głosie pana Agenora, atmosferą, jaką oddychałam — woń, ulatująca z jego grzecznych słówek.
I codzień inne mieliśmy rozrywki i zabawy: to konne przejażdżki w towarzystwie starszych pań, jadących powozem; to podwieczorki pod cieniem starych ogrodowych jodeł; to muzykę fortepianu z towarzyszeniem wioli, którą pan Agenor władał po mistrzowsku; to nareszcie i najczęściéj grę słów, palących się jak fajerwerki i jak one rozpadających się na rój drobnych iskier, z których żadna nie czyniła pożaru, lecz wszystkie padały na wyobraźnią i, płonąc, zwolna owijały ją różowemi dymami tak, że coraz trudniéj było z po-za nich dojrzéć prawdziwego koloru wszechrzeczy.
Chłonęłam wszystko głową; skronie zaczynały mi pulsować mocno, jak u osoby oczadziałéj zbytkiem węglanego kwasu; umysł mój nurzał się w rozlanéj koło mnie perfumie Jockéj-klub, a serce... coraz słabiéj biło.
Raz, po przez sztachety ogrodu, daleko na polu, zobaczyłam krzak dzikiéj róży; kwiaty ponsowe rumieniły się życiem świeżém a gorącém, ptaki polne przelatywały i siadały na nich, całując je miłośnie dziobkami, w gałęziach krzaka szeleściał orzeźwiający wietrzyk. Długo przypatrywałam się dzikiéj róży