Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Pamiętnik Wacławy vol I.djvu/206

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


sfery. Na wzgórza te rzucałam niekiedy przez okna tęskne spojrzenia i zdawało mi się, że była-bym zdrowsza jakoś i rzeźwiejsza, gdybym choć raz na szczyt którego z nich wbiegła, sama jedna, jak ptak swobodna, gdybym skąpała się w potokach słonecznych promieni, których tam było tak obficie, i pełną piersią odetchnęła tém powietrzem, jakie Stwórca rozlewa po świecie, w porze kwitnięcia lilii i śpiewów skowronka. Ale jeśli dobrze wychowanéj pannie nie wypada, bez towarzystwa starszych osób, przechadzać się po ogrodzie, jakże i myśléć mogła-by ona o samotnych, po oddalonych wzgórzach przechadzkach. A jednak, tam właśnie była natura świeża, jędrna, mocy pełna, natura, co siłę daje atlecie i głębokość mędrcowi, co ducha poety pod niebo niesie i podtrzymuje w trudach spracowane ręce rolnika. Ale atleta, mędrzec, poeta, rolnik, to byli wszystko ludzie z innego świata. W naszym świecie pięknością była bladość twarzy i wiotkość kształtów; mądrością dowcip, wyrastający na woskowanych posadzkach; poezyą — ostre i drażniące tchnienie tajemniczych niechęci, miłości i rywalizacyi. Ja miałam twarz bez rumieńca i kształty wiotkie; pan Agenor powtarzał mi nieraz, żem była dowcipną; upojenie z tajonych wrażeń płynące zaczynało mię przenikać; miałam więc wszystko, co mi było potrzebném, i nie potrzebowałam szukać orzeźwiającego i siłodawczego wpływu natury. Byłam dobrze wychowaną panną, światem więc moim miał być salon, w którym