Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Ostatnie nowele.djvu/097

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niewolnik, przedwczesny starzec... Śmiech jego inny, niż śmiech dziecka. To raczej uśmiech tylko, ale szeroki, słoneczny; zmarszczki twarzy przerabia na promienie, w oczach krzesze promienie, po wargach zwiędłych wije się promieniem i nawet z brody osiwiałej czyni snop promieni srebrzystych. Jest to szczęście. Niepodobna omylić się. Człowiek ten w tej chwili jest szczęśliwy. Pogoda, święto, kochane dziecko. Nadewszystko — dziecko i to, że kochane. On wiecznie coś lub kogoś, a raczej i coś i kogoś musiał kochać. Przez to kochanie, jak przez dziurawe sito wysiał wszystko co miał... jednak i teraz jeszcze bywa szczęśliwy...
Zniknęli jej z oczu. Parę razy tylko, w oddali, wśród drzew zamigotała różowa sukienka... rzecz dziwna, ale prawdziwa, że dla niej było to zamigotanie — wspomnienia.
Rzecz dziwna, bo przecież często, niemal codziennie widuje różne dzieci i nie przypominają jej one nic. A teraz, to dziecko przypomniało inne, tamto, dawno zniknione...
Dlaczego teraz?
Któż to wiedzieć może? Płyną czasem powietrzem prądy niewidzialne i potrącają w nas struny śpiące. Spały te struny długo i zapewne śniły, gdy potrącone zbudziły się, wstają nad niemi sny ich i wchodzą do serca.
Skąd płyną prądy niewidzialne i dlaczego dziś właśnie, płynąc, budzą struny śpiące? Kto wiedzieć może?
Głośniejszy nieco szelest godzin martwych, silniejsze na dnie piersi zadrganie kropelki czerwonej, dźwięk