Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Jędza.djvu/067

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


piały po śniegu na dziedzińcu, a osamotniony nagle Stanisław stał na środku pokoju. Wolałby on o wiele biedz z kuzynką do miasta, niżeli babunię przepraszać, ale z łatwością pogodził się z losem. Babunia z kuchni nie wracała, więc on sam, pocichu, skradającym się krokiem wszedł za przepierzenie i do kuchenki, w której paliła się mała lampa. Zaglądając nieśmiało, pokornym głosem przemówił:
— Oleś do miasta z Jadzią pobiegł, a mnie kazał babunię przepraszać za to, żeśmy ambarasu narobili... Czy można?
Szyszkowa z kuchni odpowiedziała:
— Proszę tu nie wchodzić. Jezus Marya! Tu nieporządek taki! Bieda, męka, wstyd...
— To ja babunieczce uporządkować pomogę... A może w czem dopomódz? wody przynieść? ogień rozpalić? rondle wyszorować? podłogę zamieść? Wszystko potrafię! Jak Boga kocham, potrafię!
Z temi słowami był już w kuchni, i przedewszystkiem Szyszkową, która suszone śliwki pośpiesznie gotować zaczynała, w pół objął, i nietylko w ręce, ale w szyję i twarz całował.
— Oleś przepraszać kazał! Przepraszam, babunieczko! za to, że narobiliśmy ambarasu... Przepraszam, babunieczko...
— A puśćże! A dajże mnie pokój! Jezus Marya! trzpiocie ty jakiś, będziesz ty mnie jak swoją równą wycałowywał... garnek ze śliwkami łokciem wywrócisz! Jezus Marya! Złość, utrapienie, choroba, bieda!
Po raz pierwszy od lat wielu pierś jej i wargi nie od gniewu drżały, ale od śmiechu.
— Cóż mam teraz robić, babuniu?