Strona:PL E Zola Ziemia.djvu/109

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    ne gwiazdami, jasne, pogodne niebo nocy mroźnej, siejące sine światło kryształowej przejrzystości. Beaucja ciągnęła się w nieskończoność, cała biała, płaska i nieruchoma niby morze lodowe. Z dalekiego widnokręgu nie wiał podmuch żaden. Idąc, słyszał Jan tylko stuk grubych butów swoich o stwardniałą ziemię. Dokoła panowała cisza, głęboka, uroczysta cisza mrozu. Wszystko, co przeczytał, wirowało mu w głowie. Zdjął czapkę, aby się ochłodzić, bolało go za uszami, czuł potrzebę niemyślenia o niczem. Nękała go wszelako myśl o tej ciężarnej dziewczynie i o jej siostrze. Jego grube buty obijały się wciąż o zmarzłą ziemię. Od roziskrzonego stropu oderwała się spadająca gwiazda, przebiegła płomienną smugą mroźne niebo i zgasła.
    Hen, w dali, ginął folwark Borderie, zaledwie wzdymając lekkim garbem biały całun śnieżny. Skręciwszy w ścieżkę, przerzynającą równinę, przypomniał sobie Jan pole, które przed kilkoma dniami obsiewał na tem miejscu. Spojrzał na lewo i poznał je pod powłoką śniegową. Była cienka, puszysta i nieskalana jak futro gronostaja; zarysowywały się pod nią wyraźnie grzbiety brózd, pozwalając wyczuwać zdrętwiałe skiby ziemi. Jak błogo spać w niej musiały ziarna siewne! Jaki spokój niezamącony w tem łonie, zlodowaciałem aż do ciepłego poranka, kiedy wiosenne słońce na nowo zbudzi je do życia!