Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Snać się to oko z dziwu wypłakało
Nad tą straszliwą, a wspaniałą
Pustynią całą,
Snać, że spłynęło razem z swemi łzy,
A te zmieniły się w żwir...
Na szczyt! na szczyt! na szczyt,
Podparty niebios powałą,
Granatu falą zlan,
Pobłyskujący wrzącym milionem
Czerwonych skier!
Jak gdyby na nim kwitł
Mikroskopowych
Kąkolów łan,
Jakby kobierzec miał,
Subtelnie tkan
Z pereł różowych,
Z miłości naszej korali!
O lazurowych sfer
Błękitny wał,
Rozciągający się w dali,
Oparł się łonem,
A lśniącą skroń
Utopił w płynie słońca.
Wyciągnij dłoń —
Snać go dosięgniesz palcami!
Gdzież on? Przed nami
Znikł, jak to widmo, co mami
Promieni grą!
Śniegu olbrzymi płat,
Między dwie ściany skał
Zawieszon, błyszczy bez końca
Białością swą,
Jak płótna wielki, szeroki szmat,
Rękami Stwórcy rozpięty
Nad przepaściami...
Mroźny podmuchnął wiew,
Z nim jakiś motyl spadł