Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Szklanemi oczy
Z zczerwienionemi obwódki,
Jak gdyby łzy je paliły i smutki,
Patrzały na nas jeziora,
Głuche i nieme, martwe z osłupienia,
Że nikłe dwa ludzkie atomy,
A tylko wielkie miłością,
Idą pomiędzy ogromy
Stworzenia.
Czy pomnisz granat tych gładkich przezroczy?
Tafle, ponurą wabiące jasnością?
Nic ich nie zmarszczy, chyba wicher halny
W czarnych kryształów słupy je przemienia,
O trzon rozbija skalny
I znów je skupia i skręca i tłoczy
Między rozwarte szczeliny
Zimnej powieki kamiennej.
Owej godziny
Nie senny,
Lecz trupi spokój wyzierał z głębiny.
Patrząc w tę szklaną, nieruchomą krucz,
W te nieprześnione śnicia,
Człek-by na wieki mógł usnąć.
Ptak jakiś biały, zatoczywszy kołem
Lot swój nad głębią, chciał ją skrzydłem musnąć,
Ale, przerażon, uleciał w krainy
Światła i życia.
A — pomnisz — jedno z tych ócz,
Za dawnych, widać, dni
Straciwszy źreniczny kir,
Patrzało
Z popod kosówek brwi
Pustym, jak ślepiec, oczodołem.
Do wtóru wichru halnego, co w mir
Tej puszczy wpada z huczącymi tchy,
Do wtóru słońca rozdźwięczonych lir,
Co wciąż tu rzuca swojej pieśni skry,