Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Z złocistych błysków
Włos ten uwity, co-ć okala skronie,
Twarz, co się ku mnie podała,
Kwitnąca kwieciem
Jedwabnych róż,
Nie jest-li jedną z złud, które przedemną
Wymarzył ondyn kochanek,
Shelley, niebiański poeta,
By wnet w pościgu za niemi,
Mogiłę znaleźć ciemną
Śród głębin mórz?

Twoje włosy się rozwiały — ja dłońmi drżącemi
Sięgam po nie: rzeczywistość, a nie snów podnieta!
Sięgam po nie i do wargi półotwartej tulę
I nie pytam już, co będzie! pieszczę i całuję
Twoje złote, jasne włosy,
Co się tak rozwiały,
Jak jutrznianne
Blaski ranne,
Kiedy świt wspaniały,
Operlony mgłami rosy,
Promienistą tkankę snuje
Dla ziemi zbudzonej,
Dla szczęśliwej, świeżej ziemi
Poślubną koszulę...

Zrumieniły się twe lica,
Twoje lica mleczne
Śród korony
Złotych włosów tak się zrumieniły,
Jak ta zorza,
Kiedy, hoża,
W pełni rajskiej siły
Na niebiesiech zajaśnieje
I rozleje
Czar na kwiaty, drzewa,
Na jezioro, które śpiewa