Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T4.djvu/428

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


XXXII.

Kometa. — I tu, coraz bardziéj blady,
I mieszając się już, rzekłem ponuro:       250
Świat zwyciężyłem: i oto są ślady
Żem duch mający moc — nad tą naturą!
Gwiazdy tę gwiazdę wysłały na zwiady
Czym żyw? czy jeszcze okryty purpurą
Czynię rzecz króla, człowieka i zboja?       255
Niebo się zlękło o świat. — To śmierć moja.


XXXIII.

Idźcie... Już więcej nie jesteście sługi
Mojej wściekłości, lecz rycerze twardzi.
Kupiłem naród krwią... i nad jéj strugi
Podniosłem ducha który śmiercią gardzi.       260
Nie jeden sobie wieśniak wieczór długi
Umili pieśnią — i tém się rozhardzi,
Że będzie o swych ojcach przypominał,
Jak śmiało na śmierć szli — gdy król wyrzynał!


XXXIV.

Co do mnie?... jam jest bicz okropny, Boży,       265
I będę cierpiał, co mi przeznaczono.
Za chwilę jednę otchłań się otworzy!
Piorun rozerwie moje wielkie łono!
Wściekłoście... jak psy spuszczone z obroży!
Żądze.!. jak słońca ogniste rozpłoną!       270
Ogromne ze mnie na wiatr pójdą cienie —
Wszech miłość zmyta w krwi — i wszech cierpienie!


XXXV.

Duch mój odpowie. Lecz wy jak dzieciątka,
Jak białych jagniąt jesteście gromada.
Wszystko com czynił, szło z jednego wątka,       275
I cały ciężar zbrodni na mnie spada.
W kurhanach tylko zastanie pamiątka,
I w pieśni długiéj wędrownego dziada,
Żem żył. — Chwasty mi porosną na grobie...
Inny was Anioł rozmiłuje w sobie...       280