Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T4.djvu/399

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


LVI.

Raz o północy kiedym dyszał gniewny       440
I sądził, że tu jakaś mara biała...
A tam... kształt jakiś czarny i niepewny...
Owdzie zaś gwiazda biegła i spojrzała: —
Ujrzałem lice przecudne królewny
Któréj z rąk blasku różanego strzała       445
Przez proch więzienia i przez pajęczyny
Szła — zamieniwszy jéj ręce w rubiny.


LVII.

Splecione do nóg złociste jéj włosy
Wlekły się prawie po głazów zieleni,
Gdzie zakończone jak dwa złote kłosy,       450
Kwiatkami z drogich błyszczących kamieni: —
Te kwiatki — rzekłbyś że dwa żywe Losy
Twarzą Aniołów za światłych pierścieni
Patrzą się w górę... uczepione skrycie
Do nóg idącéj falą amfitrycie.       455


LVIII.

Te kwiaty z żywych klejnotów się jawią
W pamięci mojéj przed rysy innemi.
Reszta mgłą. — A mgły moje tak ją krwawią!
Żem nie spróbował o niéj śnić na ziemi;
Lecz szaty jeden fałd wiecznie mi stawią       460
W oczach Pamięci Duchy... i z białemi
Nóżkami do mnie te kwiaty idące
Jak dwa tęczowe na ziemi miesiące.


LIX.

A ja gdzieś w głębi... do granitnéj nory
Schowany... niby kłąb piekielnych duchów       465
Wezwany światłem w ohydne kolory,
Jak zbiorowisko członków i łańcuchów,
Skrzydły zjeżony... jak piekielne twory —
(Które my znamy na ziemi z posłuchów,
Słysząc, że niegdyś rodziła natura       470
Smoki w płomienie ubrane i w pióra)...