Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T4.djvu/388

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


XII.

Z tych łąk i z tych puszcz jakby wiatr poranny
Pieśnią zapraszał na ziemię szczęśliwą;       90
Szedłem... choć strzały Numidzkiemi ranny...
Niepewny czy śmierć? czy żywota dziwo?
Czy Irys... którą na świat znosi szklanny
Obłok?... a tęcze świecące nad niwą
Tyle kolorów i słońc tyle mają,       95
Że ją nad ziemią na światłach trzymają?


XIII.

Ona przedemną do lesistych zacisz
Weszła... a harfy śpiewały wiatrzane:
„Dobrze ją poznaj — bo wkrótce utracisz
Jak sny przez dobre duchy malowane;       100
Żywot... tysiącem żywotów zapłacisz —
A zawsze jedną tę serdeczną ranę
Przyciśniesz w piersi rękami obiema —
Tę jedną smętną ranę — że Jéj nie ma!


XIV.

Sławę ci damy... lecz tobie obrzydnie —       105
Serce ci damy... ale spustoszeje.
Przyjdzie do tego, że będziesz bezwstydnie
Urągał w Bogu mającym nadzieję“.
Na to ja: niechaj me oczy rozwidnię
Rubinem który z jéj ust światło leje —       110
A nie dbam o to co mię daléj czeka:
Żywoty ducha? czy męki człowieka?


XV.

W jednę girlandę męki me uwiążę,
Jak człowiek który za tysiące czuje
I tą girlandą jako świata xiąże       115
Czoło uwieńczę i ukoronuję;
Niechaj-że na mnie idą duchy węże!
Niech mię świat walczy otwarcie i truje!
Niech mię ognistą otoczy otchłanią...
Choćby aż w piekło wiodła — pójdę za nią.       120