Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T3.djvu/268

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


SCENA PIĄTA.
Sala taż sama. LECH i SYGOŃ wchodzą.
LECH.

Sygonie, człowiek ten nie jest Salmonem.
Przy uczcie jeden mu dał w łeb talerzem:
Ten człowiek — widząc krew cieknącą z czoła
Zawołał: octu — Gdyby to był Salmon
Byłby zawołał: szabli. Wiesz co myślę.       5
Już postawiłem go na straży w bramie,
Zmieniwszy zbroją, razem nań wpadniemy:
Jeżeli zamiast bronić się jak Salmon,
Będzie o życie błagał na kolanach;
Każę go jak psa powiesić i śćwiczyć.       10

(GONIEC wchodzi.)
GONIEC.

Lechu! nowiny są okropne z pola.
Wenedy znów się rzucają do broni...
Lechon, najstarszy twój syn, zostawiony
Na drugiej stronie Gopła, ze stu ludźmi,
Wzięty w niewolą.

LECH.

Nie mówić Gwinonie!       15
Ona miłuje bardzo tego syna.
Każ ostrzyć miecze i naprawiać tarcze
W ostatniéj walce dzidami pokłute —
To dobrze mój Sygonie. Bój zaczęty. —
O! syn mój biedny! — Ale te psy wściekłe       20
Nie będą śmieli jeńca zamordować?
Nie mówić tylko nic o tém Gwinonie,
Syna odbiję nim się ona dowie.

GONIEC.

Różne biegają straszne przepowiednie
O przyszłéj walce między Wenedami;       25
Wszystkie te wróżby sieje czarownica
Młoda i piękna co na łyséj górze
Ma wykopany loch podobny gniazdom
Rzecznych jaskółek.