Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T3.djvu/266

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


GWINONA.

Nudzi mię kłótniarz ten — Daj mu w policzek.

DERWID.

Stój! splamisz ręce, ja mam twarz oplwaną.       60

GWINONA.

Cóż to, ja sama mam bić tego króla?
Masz.

(uderza go)
DERWID.

Nikczemnico, niech cię Bóg obbali.
O! serce moje! o!

(mdleje)
GWINONA.

Wynieście trupa
I rzućcie wężom.

(Rycerze wynoszą DERWIDA.)

Gryfie! ty dopilnuj
Niech do wężowéj wieży rzucą starca.       65

(GRYF wychodzi.)

Głupie, bez serca rycerstwo patrzało
Gdy we mnie wzbierał gniew; kiedym ja wrzała
To stali cicho, jak uliczne chłopcy
Sykaniem szczwając psa mojego gniewu.
Milczeli wszyscy — Gdyby tylko jeden       70
Na starca słowem uderzył gryzącym,
I mej bezsilnéj, kobiecej wściekłości
Przyszedł z pomocą: byłabym ostygła —
Lecz nie, milczeli; a jam się rzucała
W przepaść wściekłości, rozkoronowana,       75
Znienawidzona i nienawidząca;
Z całego serca ich nienawidząca!

(LILLA WENEDA wchodzi.)
LILLA.

Pani! gdzie ojca mego niosą?

GWINONA.

Na śmierć.